wtorek, 16 stycznia 2018

Sylwia Ratajczak - Zderzenie kultur

Ten wpis będzie związany z moimi rodzinnymi wakacjami na Dominikanie, na które wybraliśmy się w grudniu.
Początkowo byłam przerażona 11-godzinnym lotem, ale na szczęście przebiegł bez szczególnych trudności: książka, muzyka, sen i jakoś zleciało. Powrót nie był już tak spokojny, bo zmiana klimatu i diety odbiła się na moim jelicie. Przez całą podróż do domu bolał mnie brzuch i musiałam często odwiedzać toaletę. Dodatkowo na dwie godziny przed lądowaniem mdłości i wymioty dopadły też mojego syna, co było dla mnie dodatkowym stresem. Pomijając ewentualne trudy podróży warto zobaczyć piękne karaibskie plaże z palmami, zanurzyć się w oceanie czy odbyć wycieczkę katamaranem po Morzu Karaibskim…


Na wspomnianym katamaranie miałam okazję poznać mężczyznę, który podobnie jak ja jest po operacji jelita grubego, ale stomii już nie ma. Drogę do zdrowia miał długą, bo przeżył ogromne komplikacje, a nawet sepsę i przeszedł w sumie siedem operacji. Mimo trudnych przejść potrafi cieszyć się życiem. A tak przy okazji to dodatkowy argument w dyskusji czy stomików jest dużo, czy mało… To świat jest coraz mniejszy, a swój znajdzie swego.

Dominikańskie plaże są przepiękne: Ich bały piasek przypominał mi kaszkę mannę, woda był przejrzysta (przede wszystkim ciepła), a nad wszystkim górowały palmy kokosowe, pochylające się w stronę morza. Lokalna kuchnia nie powaliła mnie na kolana. Najbardziej smakował mi tamtejszy rum J Widać organizm postanowił bronić się w ten sposób, bo tamtejsze bakterie postanowiły wydać wojnę moim. W końcu organizm uległ i dopadła mnie biegunka, z której wychodziłam z pomocą leków. Zgodnie z zaleceniami nie piłam wody z kranu, ale nie mogłam się oprzeć świeżym owocom i egzotycznym drinkom. Coś za coś :)

Poznawania wyspy nie ograniczyliśmy do plażowania z drinkiem z parasolką w dłoni. Chciałam też zobaczyć codzienne życie na wyspie. Korzystając z pomocy polskiego biura turystycznego na wyspie pojechaliśmy zwiedzać. Dominikańczycy żyją na pełnym luzie. Mimo że są bardzo wierzący mają inny kodeks zasad moralnych. Kobiety ubierają się bardzo wyzywająco, a każdy mężczyzna to macho. Kilkoro dzieci tej samej kobiety, a każde ma innego ojca? Tam nie budzi to zaskoczenia. Na ulicy zewsząd dobiega muzyka. Miałam wrażenie, że Ci ludzie po prostu cały czas się bawią. Jest w nich olbrzymi luz. Do tego umiejętność nieprzejmowania się oraz sprzyjający klimat i dobra jakość jedzenia (choćby dostęp do kakao pełnego antyutleniaczy) powodują, że bardzo rzadko zapadają na choroby nowotworowe (wiedza uzyskana od przewodnika).

Drugie oblicze wyspy jest mniej kolorowe. Mieszczące się tam plantacje trzciny cukrowej zatrudniają haitańczyków. Niskie wynagrodzenie za ich pracę nie pozwala na więcej niż życie w chatach wykonanych z blachy falistej, bez wody i prądu. Dzieciaki z bieda dzielnic często żebrzą na ulicach lub pracują jako pucybuci. Bardzo wstrząsnęła mną też wizyta na lokalnym targu. Sprzedawane tam owoce, warzywa, zioła, przyprawy, a także ryby i mięso były wyłożone na prowizorycznych stołach czy ladach w temperaturze otoczenia: jedyne 30oC w cieniu… Smród, jaki roztaczał się z mięsa był nie do zniesienia. Po powrocie do hotelu nie było mowy o żadnym jedzeniu, i tak nic bym nie przełknęła.

Na koniec, wychodząc z targu, natknęłam się na żebrzącego człowieka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo ludzie w tak krytycznej sytuacji zdarzają się wszędzie, gdyby nie fakt, że miał niczym nie zabezpieczoną stomię. To spotkanie ze stomikiem bardzo mną poruszyło. Człowiek żebrał o jedzenie i drobne datki, o sprzęcie stomijnym nie miał pewnie pojęcia. Naszła mnie wtedy refleksja, że każdy stomik w naszym kraju, który ma dostęp do worków i ma możliwość rozwiania każdej wątpliwości, nie powinien przejmować się faktem posiadania stomii, tylko cieszyć się pełnią życia, nawet jeśli czasem dopadają nas jakieś kłopoty. Pozytywne myślenie i radość życia sprawiają, że łatwiej potrafimy sobie poradzić z wieloma problemami, które nas czasem dotykają.

Dominikana to wręcz wyśniony raj, a jednocześnie kraj olbrzymich sprzeczności i nierówności społecznych. Mimo wszystko ludzie tam zarażają pozytywną energią i każdego obdarowują uśmiechem. Weźmy z nich przykład i uśmiechajmy się i my. Tam wszyscy są radośni, niezależnie od miejsca i warunków zamieszkania. Bo radość życia to nie stan na koncie i ilość posiadanych przedmiotów, to stan ducha i umiejętność dostrzegania pozytywnych detali.




Pozdrawiam Was! Z uśmiechem, oczywiście!

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Sylwia Ratajczak - Siła tkwi w siłowni

Pisałam Wam ostatnio, że pasja jest nam potrzebna żeby zapomnieć o chorobie i chwaliłam się osiągnięciami w bieganiu. Radość nie trwała długo, bo niedawno lekarz zabronił mi biegać – nie dla mnie już sporty z podskokami. Czym zastąpić bieganie? Rozważałam Jogę i siłownię. W końcu druga opcja wygrała. Namówiłam też męża na wspólne treningi. Od razu poszliśmy po karnety, żeby nie stracić wewnętrznej mobilizacji. Dodatkowo wykupiliśmy zajęcia z trenerem, który jest także dietetykiem z doświadczeniem w zakresie chorób jelit, co ma dla mnie duże znaczenie ze względu na moje NZJ. Trener rozpisał nam treningi dopasowane do naszych potrzeb, a po jakimś czasie będziemy mogli ćwiczyć bez jego nadzoru.

Zajęcia mamy rozpisane 3 razy w tygodniu po 90 minut. Po pierwszym treningu bolały nas wszystkie mięśnie, ale to był pozytywny ból :) Dla mnie to układ idealny, bo lubię być ruchu, a wystarczy już, że pracę mam siedzącą. No i pierwsza wizyta na siłowni odbyła się po całonocnej biegunce i obawiałam się, że nie dam rady, ale teraz wiem, że choroba jak inne ograniczenia siedzi też w mojej głowie. Podczas treningu tylko raz poczułam chęć odwiedzenia toalety, ale to było już pod koniec treningu po około 1,5 godziny od rozpoczęcia zajęć.

Poziom endorfin po takim treningu jest olbrzymi :) Jeśli chcecie wybrać się na siłownię, koniecznie skonsultujcie się z trenerem, aby uzyskać wskazówki jak prawidłowo zacząć, żeby krzywdy sobie nie zrobić.

Mam nadzieję, że za jakiś czas będę mogła pochwalić się efektami. Trzymajcie kciuki.


Pozdrawiam!

czwartek, 9 listopada 2017

Damian Pietruszewski - Navy seal

Ten tydzień minął błyskawicznie, ale trudno się dziwić. Od zeszłego piątku jestem w Ustroniu Morskim w sanatorium. Decyzja o wyjeździe tam też była szybka. Dostałem potwierdzenie, że mam zgodę na wyjazd, a pierwszy wolny termin jest w listopadzie. Nie wahałem się ani chwili i oto jestem.

To pierwsza moja wizyta w takim miejscu. Morze, szum fal, spacery na plaży, wieczorki taneczne… Kto jeszcze tak to sobie wyobrażał? Obrazek rodem spod tężni w Ciechocinku. 

Rehabilitacja, nie, rehabilitacja to za słabe słowo na to, co tu przechodzę. Muszę Wam powiedzieć, że wycisk, jaki tu dostaję jest godny obozowi przetrwania navy seals. A plan zabiegów wyglądał tak niewinnie: laser, pole magnetyczne, fotel masujący… No brzmiało jak wyjazd do SPA. Tylko masaży brakowało :) No to dostałem. Wyjazd miał był bułką z masłem, a oddech mogę złapać dopiero wieczorem. Super, że warunki mam luksusowe, bo na szczęście mam jednoosobowy pokój, więc mogę się wyspać. A od rana ćwiczę, wykonuję polecenia i idę do przodu. Powrót do sprawności fizycznej sprzed wypadku jest moim głównym celem. Kolano i kręgosłup będą jak nowo narodzone, jak dokończę całą serię zabiegów. Nie ma się co kryć: jest trudno, ale zaciskam zęby i walczę o siebie. Wiem, że nie mogę się poddać.

wtorek, 26 września 2017

Sylwia Ratajczak - Życiowe pasje

Dzień dobry jesiennie.

Jesiennie, ale nie depresyjnie bo mam hobby i mogę oderwać się od myślenia o złej pogodzie za oknem, problemach ze zdrowiem czy innych kłopotach. Mam swoje pasje i Was namawiam do znalezienia własnych odskoczni.

Ja uległam modzie na bieganie. To moja największa pasja, której niestety w tej chwili nie mogę realizować ze względu na zdrowie. Moje jelito cienkie (grubego już nie mam) nie lubi chwilowo podskoków, więc bieganie czy zumba, którą także uwielbiam odpadają. Postanowiłam kupić kijki do nordic walking i zacząć chodzić. Za mną pierwsze spacery, ale jeszcze nie wciągnęło mnie to. Mimo to nie mam zamiaru poddawać się. Znajoma namawia mnie też na jogę - hm, to może być ciekawe. Na pewno w najbliższym czasie spróbuję i opiszę wrażenia. Lekarz zalecał mi pływanie, ale to zupełnie nie mój żywioł - nie lubię wody poza tą w wannie czy pod prysznicem.

Ruch to zdrowie, ale przyjemnie jest też zapaść się w fotelu z książką w ręku. Często wybieram thrillery i powieści sensacyjne, ale najbardziej lubię historie z życia wzięte. A odkąd zachorowałam bardzo interesuje mnie także tematyka medyczna.

Nasze pasje pomagają nam oderwać się od czasami szarej rzeczywistości, od codziennych problemów, od choroby. Dają nam także chęci do bycia jeszcze lepszymi w tym, co robimy, wyznaczamy sobie kolejne cele do których dążymy i dzięki temu rozwijamy się pokonując kolejne przeszkody w naszym życiu. Marzę o tym, aby wrócić do biegania i mam nadzieję, że to marzenie się spełni i pokonam wszystkie przeszkody napotkane na tej drodze. Myślę, że to moja droga do pełni szczęścia. Nasze sukcesy, nawet te najmniejsze, dają nam siłę do bycia jeszcze lepszymi. Trzeba próbować żeby znaleźć to, co nas naprawdę wciągnie. Nie obawiajcie się podejmować wyzwań. Wiem że w mniejszych miejscowościach ludzie dziwnie patrzą np. na kogoś, kto zaczyna biegać lub chodzić z kijkami, ale nie ma sensu się tym przejmować. Powinniśmy być dumni z tego, co robimy - przecież robimy to dla siebie, a nie dla kogoś. I nawet chorując na choroby jelit, czy posiadając stomię można oddać się pasji bez reszty - wiem to po sobie.

A jakie Wy macie pasje, hobby, zainteresowania?

piątek, 8 września 2017

Sylwia Ratajczak - Strach ma wielkie oczy, czyli jak przeżyć gastroskopię

Witam!

Ktoś w Was czeka na gastroskopię? Rozumiem Wasze obawy. Prawie każdy na samą myśl o tym badaniu bardzo się boi. Tak samo było ze mną. Kiedy byłam zdrowa zupełnie o tym nie myślałam. Regularnie towarzyszyłam mężowi w trakcie badań kontrolnych, które robi ze względu na swój refluks. I pamiętam, jak mówiłam, że ja nigdy, nigdy nie będę tego badania sobie robić.

Gdy pojawiły się u mnie pierwsze oznaki choroby od lekarza rodzinnego otrzymałam skierowanie na serię badań, w tym oczywiście na gastroskopię. Byłam przerażona. Dużo czytałam w Internecie jak przechodzą to inni i jeszcze bardziej się bałam. Noc przed badaniem była oczywiście nieprzespana. Gdy trafiłam do szpitala nogi mi drżały tak, że nie mogłam spokojnie na nich ustać. Gdy pani pielęgniarka psiknęła środkiem znieczulającym gardło, cała drżałam.

Ale wzięłam sobie do serca jedną radę – skup się na głębokim wdechu. Bardzo mi to pomogło. Położyłam się do badania na boku  i zaczęłam bardzo głęboko oddychać ustami, nawet nie wiem kiedy rurka weszła, raz przełknęłam i już było ok. Całe badanie trwało około pięć minut. Cały czas skupiałam się na oddechu i na tym, że za chwilkę już koniec. Przy wyciąganiu rurki miałam tylko jeden odruch wymiotny, ale na tym koniec. Odetchnęłam z ulgą chociaż nogi cały czas drżały.

Po wszystkich operacjach i badaniach które przeszłam wiem, że gastroskopia to nie jest nic strasznego, wszystko da się przeżyć. Każde kolejne badania czy zabiegi operacyjne czynią nas silniejszymi i bardziej odpornymi.


Życzę Wam bezbolesnych badań i zapewniam, że strach ma wielkie oczy.

wtorek, 5 września 2017

Sylwia Ratajczak - Mali bogowie?

Witajcie ponownie!

Kolejny pobyt w szpitalu, a wcześniej lektura książki Pawła Reszki „Mali bogowie” o polskich lekarzach spowodowały, że miałam natłok różnych myśli, którymi chcę się z Wami podzielić.



Za każdym razem podczas kontaktu z lekarzem staram się zrozumieć powody jego podejścia do pacjenta - dlaczego czasami bywa uprzejmy, a czasami bardzo opryskliwy. Lekarz to bardzo trudny i odpowiedzialny zawód. Udając się do lekarza liczymy na jego fachowość i empatię choć przecież stosunek lekarz-pacjent nie może być za bardzo zażyły. Pomyślcie, co by przeżywał lekarz gdyby zżył się z każdym pacjentem. Nikt nie poradzi sobie z takim obciążeniem, a doba stanowczo byłaby za krótka. Musimy też pamiętać, iż nie jesteśmy jedyni. Takich jak my: oczekujących pomocy a czasami cudownego uzdrowienia jest naprawdę wielu. Mimo wszystko bardzo denerwuje mnie fakt, iż lekarz który przeprowadza u mnie jakiś zabieg pod narkozą nie przychodzi po wybudzeniu, aby powiedzieć jak wszystko przebiegło - sama muszę się dopytywać i niejednokrotnie gonić za lekarzem po korytarzu. Takie wypraszanie informacji nie jest komfortowe. Czy to tak wiele poświęcić pięć minut i powiedzieć trzy słowa? Dla nas to bardzo dużo, a dla niektórych lekarzy najwidoczniej zbyt dużo. Często też jesteśmy badani w milczeniu, wizyty lekarskie na oddziale przebiegają w ciszy i znowu o wszystko musimy sami pytać. Czasami mam wrażenie, że trzeba lekarza naprowadzić na to i owo, bo myślami jest w innym miejscu. Za każdym razem staram się tłumaczyć sobie, że lekarze są bardzo zapracowani: kilka etatów, doszkalanie, a czasem też znajomi, którzy ciągle oczekują od nich pomocy "po znajomości"… A gdzie czas wolny, gdzie czas na odpoczynek, gdzie czas na siebie? My, pacjenci, w gruncie rzeczy nie wymagamy wiele - chcemy tylko, aby podchodzono do nas z większą empatią, okazano odrobinę zrozumienia, przekazano podstawowe informacje. Czy to tak wiele?

Z moich obserwacji sprawy mają zupełnie inaczej w czasie prywatnych wizyt. Wtedy jest czas na wyjaśnienie wszelkich wątpliwości i na porządne badanie. Mam wrażenie, że lekarz ma wtedy zupełnie inne podejście do pacjenta. Niestety, nie każdego w dzisiejszych czasach stać na prywatne wizyty. Pozostaje proszenie się i gonienie za lekarzami. Podobno zawód lekarza to „służenie ludziom”, ale czy to nie jest przypadkiem w dzisiejszych czasach gonitwa za pieniędzmi?
To moje subiektywne spostrzeżenia. Choć wiem, że wielu innych chorych podobnie postrzega lekarzy i drży przed każdą wizytą, bo w końcu nie wiadomo na jaki humorek u pana doktora trafimy i ile „numerków” ma pan doktor jeszcze do przyjęcia.

Jakie są Wasze doświadczenia?

Pozdrawiam

Sylwia Ratajczak

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Damian Pietruszewski - Dzień dobry, poznajcie Ełzgienię


Nazywam się Damian Pietruszewski, mam 20 lat, pochodzę ze Szczecinka. Trudno jest czasem pisać samemu o sobie. Na szczęście już sam blog mówi wiele. Skoro czytacie ten wpis domyślacie się już, że mam stomię. Ale w odróżnieniu od większości stomików to nie efekt żadnej choroby. Ełzgienia, bo tak moja stomia została mianowana jakiś czas temu, jest ze mną już pawie dwa lata. A wszystko przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Gdy w styczniu ubiegłego roku przechodziłem przez pasy zostałem potrącony przez dwa samochody. Brzmi niewiarygodnie, ale tak to wygląda. Mimo licznych obrażeń lekarzom udało się mnie uratować, a ja trzymałem się tej szansy życia. 

Wypis ze szpitala to po prostu wyliczanka zmiażdżeń, przemieszczeń, urazów i ran. Ciągle nie mogę uwierzyć, że udało mi się z tego wyjść cało, no prawie cało. Za mną dwumiesięczny pobyt w szpitalu, potem regularne wizyty kontrolne i dalsze próby naprawy, tego co ucierpiało w wypadku, no i rehabilitacja. Jeszcze muszę nosić ortezę, ale to już niebawem się zmieni bo czekam na kolejne operacje: mała korekta przesunięcia kości strzałkowej na właściwe miejsce i naprawa więzadeł kolanowych oraz oględziny kolana. Taki plan renowacji w najbliższym czasie.

W mojej naturze nie leży poddawanie się. Tym przekonaniem chcę i Was zarazić. Człowiek nie może się poddawać, powinien walczyć o siebie żeby wrócić do jak najlepszej formy. Mam na myśli zdrowie fizyczne i psychiczne, bo każdy aspekt jest ważny. Oczywiście w procesie dochodzenia do siebie ważne jest wsparcie najbliższych. Chciałbym być supermenem, ale jest człowiekiem i bardzo potrzebowałem pomocy rodziny i przyjaciół. Dzięki nim mam w sobie dodatkową siłę, żeby żyć i planować przyszłość. Teraz chcę się odwdzięczyć i podzielić się nią z Wami.


Jesteście ze mną?